Zakupy
Promocje
Kontakt

Skontaktuj się z nami

Jeśli chcesz zadać nam konkretne pytanie, prześlij swoją wiadomość za pośrednictwem tego formularza.

Kontakt z nami

Legal notice
NPORTAL.no - BUSINESS LINK NORWAY


Oddział w Norwegii:
Karenslyst Alle 4,
0278 Oslo
Postboks 358,
0213 Oslo
Norway

Oddział w W. Brytanii:
71-75 Shelton Street,
Covent Garden,
London,WC2H 9JQ


Kontakt telefoniczny:
+ (47) 23 89 88 63


Kontakt mailowy:
reporter@nportal.no


Value Added identification number: NO819464332
Legally represented by the Vice Director Lukasz Jakubow Kedzierski
This legal notice extends to the social media profiles of NPORTAL.no

1000x150

Tagi: Norwegia , Oslo , wywiad , Wybitny Polak , Mirosław Carlos Kczmarczyk , Loud Jazz Band , Broadway , gitara , gitarzysta

Nie jestem skończony – wywiad z Mirosławem „Carlosem” Kaczmarczykiem
Sylwia 3

SYLWIA SKORSTAD - Trondheim | Norwegia

Opublikowano: 2013-04-06 14:43:41 +0200

Gitarzysta, kompozytor, jazzman z Polski osiadły pod Oslo, zdobywca wyróżnienia „Wybitny Polak” w Norwegii w kategorii „kultura”. Ćwierć wieku temu założył grupę Loud Jazz Band, dziś za sprawą świetnych płyt znaną tak samo po obu stronach Bałtyku. W czasie, gdy mógł w Warszawie zacząć odcinać kupony od sławy, postanowił… wylądować na Księżycu.


Z Mirosławem „Carlosem” Kaczmarczykiem rozmawia Sylwia Skorstad

nPortal: Jak trafiłeś do Norwegii?

M. K.: W 1994 roku moja wtedy narzeczona, a dziś żona przyjechała tutaj na studia. Spodobało się jej, zapragnęła zostać na stałe. Znaliśmy się lata, uczyliśmy się razem, więc przeprowadzka była dla mnie krokiem oczywistym. Chociaż przygotowywaliśmy się do tej zmiany i tak przypominała lądowanie na Księżycu. Nagle z Warszawy, gdzie tyle się działo, również wokół mnie, trafiłem do Oslo, w którym nie znałem nikogo i nikt nie znał mnie. Miałem tylko swój kawałek ulicy przed domem, fragment rzeczywistości, który mogłem przemierzać od prawa do lewa. No i fortepian w domu.

nPortal: Było ciężko?

M. K.: Było… zupełnie inaczej. Tuż przed wyjazdem z Polski byłem u szczytu kariery. Nominacja do Fryderyków, występy na Broadway’u z musicalem „Metro”, koncerty, kontakty, kontrakty, znane nazwiska, wszystkie drzwi pootwierane. A w Oslo taka cisza… Stałem się jak dziecko, które musi się na nowo uczyć mówić, poruszać. Wszyscy emigranci wiedzą dokładnie, o czym mówię – wychodzisz na ulicę i nie masz pojęcia, w którą stronę iść, z kim porozmawiać. Nie wiesz nawet, jak zakupy zrobić. Było w tym coś fascynującego, przerażającego i zabawnego zarazem.

nPortal: Opowiedz o zabawnej stronie tamtych doświadczeń.

M. K.:  Kiedy rozmawiałem z kolegami z Polski, pytali mnie, czy mam już norweskie obywatelstwo albo czy gram w telewizji publicznej. A tymczasem moim największym sukcesem w ciągu całego tygodnia było kupno bananów w sklepiku na rogu! Pierwsza norweska praca to była dla mnie nauka gry na gitarze prywatnego studenta. Miał na imię Viggo, przychodził na lekcję o szesnastej i ja już od południa drżałem z podekscytowania. Po skończonych zajęciach liczyłem korony, biegłem do sklepu, a potem w podskokach przynosiłem żonie pierwsze banany, na które sam zarobiłem! (śmiech)

nPortal: Nie bolało cię to trochę? Etap raczkowania w nowym kraju bywa szczególnie trudny właśnie dla tych, którzy w Polsce umieli już nie tylko biegać, ale nawet latać. Trzeba schować dumę do kieszeni, a to przychodzi z trudem…

M. K.: Myślę sobie, że być może moim talentem jest zdolność do akceptowania kompromisów z życiem. Przyjeżdżamy do nowego kraju, w którym nikt nas nie zna, nie wie, ile dyplomów chowamy w kieszeni i jacy tam za morzem byliśmy ważni. To trochę przykre, ale i naturalne, bo nikt nie ma potrzeby biec nam na spotkanie. W takiej sytuacji mamy dwa wyjścia. Możemy się obrazić na to, że nikt nas i naszej niezaprzeczalnej doniosłości nie zna, pozostać w tej urazie, narzekać, męczyć się i wreszcie po latach wrócić do Polski śmiertelnie urażonym. Możemy też potraktować przeprowadzkę po pierwsze jako szansę na nowe otwarcie, a po drugie jako proces.

nPortal: W jakim sensie szansę?

M. K.: Żartuję czasem, że dzięki przeprowadzce zaczynałem życie dwa razy, z tym że po raz drugi byłem już o wiele mądrzejszy i miałem świadomość ograniczonego czasu do wykorzystania. W innym kraju wszystko można na nowo poustawiać. Jadąc do Norwegii, trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że to jest miejsce szczególne. To nie kraj dla ludzi, którzy łakną towarzystwa, szybko następujących po sobie zdarzeń, „dziania się”, codziennego biegania. Wszystko tu dzieje się w innym rytmie, nawet muzycy grają inaczej, mają puls długi i szeroki. Żeby znaleźć w Norwegii swoje miejsce, trzeba stopniowo odnaleźć w sobie podobny spokój, dostosować się do nowego rytmu. Kiedy krew zaczyna ci krążyć w żyłach zgodnie z biciem serca Oslo, czujesz, że już nie trzeba szarpać się, biegać i przekrzykiwać. Będzie dobrze. Oby tylko na początku adaptacji nie wpaść w panikę.

 

 

nPortal: Co budzi w nas obawę?

M. K.:  Chyba to, że się zmienimy, stracimy tożsamość. Początkującym mogę powiedzieć: spokojnie, jesteś Polakiem, pozostaniesz nim, zmiana cię tylko wzbogaci. Nie musisz biegać po głównej ulicy Oslo w stroju krakowiaka, by demonstrować swoją polskość. Jesteś Polską tak namagnesowany, że nie masz potrzeby afiszowania się. Ona cię nigdy nie opuści. Wyluzuj, wycisz się, obserwuj, ucz się codzienności. Naucz się norweskiego, naucz się ludzi, okaż trochę pokory wobec życia i pamiętaj, że to wszystko jest procesem, potrzebuje czasu.

nPortal: Wspomniałeś już, że budowanie kariery w nowym kraju to proces. Jaki był twój kolejny krok po prywatnym nauczaniu?

M. K.: Znalazłem pracę jako nauczyciel muzyki. I znowu polscy koledzy z branży pytali mnie, czy nauczam w Akademii Muzycznej w Oslo, podczas gdy ja zatrudniłem się w szkółce na prowincji. Kiedy jechałem po raz pierwszy do pracy, mój stary peugeot odmówił posłuszeństwa. Wstyd mi było za grata, ale ta sytuacja pomogła mi zrozumieć, że uważani za zdystansowanych Norwegowie są w rzeczywistości pomocni i przyjacielscy. Dyrektor szkoły i pracownicy oddali mój samochód do warsztatu. Podczas gdy ja miałem lekcje, mechanik naprawił uszkodzony tłumik. Nam się tylko wydaje, że inni szukają okazji, by się z naszych słabości pośmiać lub zadrwić. W rzeczywistości warto dać ludziom kredyt zaufania.

nPortal: Uczyłeś dzieciaki w wiejskiej szkole z myślą, że to pewien etap na drodze do celu?

M. K.: Dokładnie tak. Może to muzykom łatwiej jest snuć wizje? Jako twórca, pozwolę sobie tego wielkiego słowa użyć, nawykłem do kreowania. Komponowanie polega przecież na wyobrażaniu sobie, odgrywaniu w głowie pewnych scenariuszy. Podobne projektuję na życie. Założyłem, że pierwszy rok w Oslo to tylko pierwszy szczebel, a będzie ich może 15, może 18, może jeszcze więcej. Powoli dojdę do celu. Dziś mogę powiedzieć, że plan udało się zrealizować.

nPortal: Założony przez ciebie zespół Loud Jazz Band, obecnie grający w polsko-norweskim składzie na wszystkich liczących się imprezach jazzowych po obu stronach Bałtyku, wkrótce będzie obchodził 25-lecie. Szykujecie coś specjalnego?

M. K.: Szykujemy, będzie gala w Polsce, ale szczegółów nie zdradzę. Nie pytaj o to więcej, bo wyjdzie na jaw, że sam ich dokładnie nie znam (śmiech).

nPortal: Co uważasz za największy sukces zespołu?

M. K. : Akurat teraz do głowy przychodzi mi ostatnia płyta. Zapis tego koncertu jest z wielu względów idealnym odzwierciedleniem naszego sukcesu. Pokazuje przekrój niezwykłych osobowości, jakie zgromadziły się w zespole i wokół niego. Koncert został nagrany tutaj przez Norwega Håkona Aarøena. Na etapie miksowania zdecydowałem się przenieść prace do specjalisty w Polsce. Pierwsze co Michał Miernik zrobił, to wychwalił pracę poprzednika. Na etapie masteringu Piotr Remiszewski z Milanówka zrobił to samo. Wszyscy mieli teoretyczny powód, by się poobrażać i szukać dziury w całym, a tymczasem docenili profesjonalizm innych i sami wykonali kawał dobrej roboty. A to tylko wycinek fenomenu, który mnie zachwyca i zastanawia. Mam wrażenie, że proces formowania tego zespołu to obok ciężkiej pracy, prób i błędów, również podskórny, trudny do opisania cud.

nPortal: Mimo wszystko spróbuj go opisać.

M. K. : Największym kapitałem Loud Jazz Bandu są ludzie. Muzycy wysokiej klasy z imponującym dorobkiem. Mocne osobowości artystyczne. Osiem osób, z czego każda zupełnie inna. Grający na instrumentach perkusyjnych Maciej Ostromecki z Ciechanowa, wirtuoz syntezatora Piotr Iwicki z Warszawy, czarodziej saksofonu Wojtek Staroniewicz z Sopotu… O dowolnym członku zespołu mógłbym opowiadać godzinami, ale obawiam się, że nie macie na nPortalu aż tyle miejsca, by ich odpowiednio uhonorować. Zapraszam na naszą stronę internetową http://www.loudjazzband.com Jeden utwór da pełniejszy przekaz niż tysiąc słów. Dodam, że nasze różne muzyczne CV w niczym nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, różnice są inspirujące, zaś efekt jest piorunujący, o czym świadczy chociażby wspomniana już płyta koncertowa. I jeszcze jeden, kolejny mały cud. Towarzyszy nam grupa sprawdzonych w bojach przyjaciół. Mogę kilku wymienić?

nPortal: Na dedykacje dla przyjaciół zawsze znajdzie się miejsce.

M. K: Jest wspaniały designer, twórca okładek, strony internetowej i plakatów  - Kuba Karlowski z Gdańska. Jest i Krzysztof Pietrucha z Warszawy, człowiek, z którym prowadzę tak zwane wieczorne rozmowy o życiu. I na koniec ktoś najważniejszy – główny sekret mojego sukcesu i osoba zasługująca na wyróżnienia bardziej niż ja – moja żona Danuta Kozon. Artystyczna dusza i usystematyzowany umysł, organizatorka festiwali i autorka setek dobrych pomysłów. Zamykam koncert podziękowań.

nPortal: Gdzie w Norwegii będzie można wkrótce usłyszeć Loud Jazz Band na żywo?

M. K. : Między innymi w 1 maja na THANKS JIMI FESTIVAL w Kolbotn. Jestem szefem artystycznym tego festiwalu i jednocześnie jej wielkim fanem, dlatego serdecznie wszystkich zapraszam. W zeszłym roku zagrało na nim razem 80. gitarzystów, w tym jeden utalentowany ambasador. W tym roku będzie jeszcze więcej Polaków!

nPortal: Twoje nazwisko, tak samo jak i zespół, to marka nie tylko w środowiskach jazzowych w Polsce i Norwegii. Masz, po raz drugi, miejsce na Ziemi, takie jakie wymarzyłeś. Twoich kompetencji nikt nie kwestionuje. Czy kiedy słyszysz w mediach lekceważące opinie o Polach, drażni cię to, czy też po latach po prostu przestaje się na takie rzeczy zwracać uwagę?

M. K. : Jestem szczęśliwym człowiekiem – nie mam telewizora, nie jestem na fejsie, nie siedzę w necie. Mam las za oknem, a przed oknem fortepian. Takie medialne przepychanki mnie nie bolą, choć rozumiem, że kogoś mogą dotknąć. Myślę, że trzeba je traktować z humorem. Czyjaś negatywna wypowiedź o Polakach nie może nam odbierać energii! Przecież my, Polacy, też lubimy sobie pokrytykować, może nawet bardziej niż ci w sumie grzeczni, uprzejmi Norwegowie. Ja ich widzę jako ludzi, którzy mają dużo szacunku do innych. Obserwuję to na przykład wśród swoich uczniów.

nPortal: Są grzeczni wobec ciebie? Wśród Polaków krążą przecież opinie, że norweska młodzież jest wychowywana „bezstresowo”, zaś system edukacji jest gorszy od polskiego.

M. K. :  Czy wiesz, co pamiętam ze swojej polskiej szkoły? Lęk, ciągły lęk przed nauczycielami. Norweski uczeń się nie boi i to dobrze. Dlatego też go nie nauczam. Zamiast tego uczę również siebie. Dzieciaki są normalne, fajne, jedne takie, inne siakie, ale przecież to znów tylko etap życia, z którego się wyrasta. Młodość to energia, a nie mądrość. Pamiętam, że oni nie są „skończeni”, tak jak i ja przyjeżdżając do Norwegii nie byłem „skończony”, ani „skończony” nie jestem teraz.  Cieszę się, że mogę im na tym etapie coś podpowiedzieć. Raduje mnie też, że mogę im dać coś polskiego, bo mimo upływu lat jestem Polską tak namagnesowany, że aż nią świecę. Mają do mnie szacunek, są grzeczni i mili. Może dlatego, że ja jestem miły dla nich?

Rozmawiała Sylwia Skorstad (sylwia@skorstad.pl)


nPortal Press | POLMEDIA (reporter@nportal.no

Copyright © 2013 nPortal Press | POLMEDIA. Wszelkie prawa zastrzeżone / All rights reserved

 

 

×