Zakupy
Promocje
Kontakt

Skontaktuj się z nami

Jeśli chcesz zadać nam konkretne pytanie, prześlij swoją wiadomość za pośrednictwem tego formularza.

Kontakt z nami

Legal notice
NPORTAL.no - BUSINESS LINK NORWAY


Oddział w Norwegii:
Karenslyst Alle 4,
0278 Oslo
Postboks 358,
0213 Oslo
Norway

Oddział w W. Brytanii:
71-75 Shelton Street,
Covent Garden,
London,WC2H 9JQ


Kontakt telefoniczny:
+ (47) 23 89 88 63


Kontakt mailowy:
reporter@nportal.no


Value Added identification number: NO819464332
Legally represented by the Vice Director Lukasz Jakubow Kedzierski
This legal notice extends to the social media profiles of NPORTAL.no

Ubezpieczenie dla firmy norwegia

Tagi: Norwegia , Polacy , polacy w Norwegii , bezrobocie , praca , NAV , język norweski , blog , kurs Nav-u , lenistwo , Marta Tomczyk Maryon

Czy Polacy To Lenie i Pasożyty? Mój Pierwszy Kurs Nav-u
Marta maryon tomczyk

MARTA TOMCZYK MARYON - Oslo | Norwegia

Opublikowano: 2013-03-10 20:22:11 +0100

W listopadzie zeszłego roku, po dziewięciu miesiącach bezskutecznego poszukiwania pracy znalazłam się na kursie, który zaoferował mi NAV, czyli tutejszy urząd pracy. Ucieszyłam się, mając nadzieję, że coś zmieni się na lepsze, że wreszcie znajdę pracę.


Zajęcia były zorganizowane dla bezrobotnych Polaków i prowadzone w języku polskim. Kurs nosił obiecującą nazwę Kurs i karrierveiledning (Jobbklubb) for arbeidssøkere med polsk morsmål i miał trwać cztery tygodnie, od poniedziałku do piątku, od godziny 9.00 do 15.00. Za udział w kursie NAV wypłacał każdemu uczestnikowi pieniądze - nieco ponad 300 kr za każdy „dzień kursowy”, plus zwrot kosztów dojazdu, czyli w praktyce zwrot pieniędzy za bilet miesięczny. Jak na warunki norweskie była to niewielka suma (bochenek chleba kosztuje w Norwegii około 30 kr), ale dla mnie, jako osoby niezarabiającej każda kwota wydawała się dobrodziejstwem. Zajęcia odbywały się w szkole specjalizującej się w tego rodzaju kursach. Nauczycielami byli w większości Polacy. Grupa, do której trafiłam liczyła 25 osób, składała się oczywiście z samych rodaków. Po krótkiej prezentacji „klasy” zorientowałam się, że jestem jedną z trzech osób mających wyższe wykształcenie i jedną z trzech,  które potrafią obsługiwać komputer. Szybko zrozumiałam, dlaczego zajęcia, w których programie jest: napisanie CV, listu motywacyjnego, zarejestrowanie się na stronie NAV-u jako osoba poszukująca pracy oraz wstępne przygotowanie do rozmowy kwalifikacyjnej trwają cały miesiąc. Wszystko wskazywało na to, że będę się tu raczej nudzić. Stało się jednak inaczej.

Na drugich zajęciach nasza prowadząca przytomnie podzieliła nas na grupy, sadzając tych, którzy mieli pojęcie o komputerze z tymi, którzy go nie mieli. Wylądowałam w parze z Markiem, dwumetrowym trzydziestolatkiem o nieskomplikowanych zainteresowaniach: „dupy i gry komputerowe”. Miłość do gier niestety nie przekładała się u niego na umiejętności komputerowe, poza błyskawicznym - gdy trenerka  wychodziła z sali - wejściem na stronę My farm. Marek uwielbiał karmić wirtualne świnie i dojć wirtualne krowy. Pochłaniało go to bez reszty. Nie miał więc głowy do ćwiczeń, które mieliśmy do zrobienia. Większość roboty spadała na mnie, ale taka była idea samopomocy grupowej, czyli czystej niesprawiedliwości.

Na pierwszych zajęciach, gdy zakładaliśmy adres internetowy Marka (nie myślałam, że dzisiaj może istnieć ktoś poniżej pięćdziesiątki, kto nie ma własnego konta internetowego) mój „współtowarzysz komputerowy” zwierzył mi się - widocznie zaskarbiłam sobie wtedy jego zaufanie - że był we Wronkach. Powiedział to z wyraźną dumą. Przyznam, że trochę mnie zmroziło, i nie miałam odwagi zapytać, za co siedział. Jako autorka i horrorów poczułam się wtedy rozczarowana własną osobą. Okazałam się zwykłym cykorem,  a może pragmatyczką (?).  W końcu mieliśmy przed sobą jeszcze prawie cały miesiąc pracy ramię w ramię, komputer w komputer. Gdybym się dowiedziała, że siedział za morderstwo mogłabym mieć trudności w skupieniu się na zajęciach. A tak, miałam tylko torebkę na oku. Dalsza obserwacja Marka w ciągu następnych dni doprowadziła mnie do wniosku, że prawdopodobnie „garował” za przestępstwa seksualne lub oszustwa.

Na trzecich zajęciach okazało się, że jestem jedyną osobą w grupie, która mówi trochę po norwesku. Nagle mój słaby i zaledwie komunikatywny norweski urósł do rozmiarów językowego geniuszu. Zadziwiające. Chociaż nie do końca,  najbardziej zdumiało mnie coś innego.  A mianowicie to, że ja mieszkałam w  Norwegii najkrócej (około roku). Średnia długości pobytu pozostałych kursantów wahała się między  4-5 lat.  Do nauki języka nie przekonała ich niekorzystana zmiana na norweskim rynku pracy, jaka dokonała się w ciągu ostatnich paru lat.  Niektórzy z nich mają dzieci, które chodzą do norweskich przedszkoli i szkół. To jednak  również nie jest dla nich żadnym argumentem do nauki norweskiego. Marek stwierdził, że na wywiadówki do szkoły nie chodzi, bo nic nie rozumie. Tak, próbował się uczyć języka, przez miesiąc miał zapał, ale potem mu się odechciało, woli grać na komputerze, to jest znacznie ciekawsze.  Pomyślałam o czarnym scenariuszu, który może się zdarzyć w takiej sytuacji, a którego Markowi nie życzę. Załóżmy, że jego dziecko w trudnym okresie dorastania zapragnie dostać, coś, co „powinien mieć” każdy norweski nastolatek, np. najnowszego iPhona, a tata mu tego nie kupi i wtedy powodowany hormonami nastolatek postanowi się zemścić i zacznie opowiadać w szkole, że tatuś go regularnie bije. I Marek zostanie wezwany do szkoły, ale nie pójdzie, bo  przecież „nie rozumie i nie chodzi”. I w dalszej kolejności sprawą zainteresuje się Barnevernet, co w Norwegii niestety kończy się często umieszczeniem dziecka w rodzinie zastępczej, niemal bez możliwości kontaktu z rodzicami. To naprawdę kiepski scenariusz, ale  najgorsze jest to, że jest on możliwy.

Marek, podobnie jak większość osób, które znalazły się na kursie jest na bezrobociu. I to jest jedna z przyczyn, dlaczego nie uczy się języka. Kiedyś, parę lat temu, kiedy był bum gospodarczy w Norwegii i potrzeba było dużo ludzi do pracy, niemal wszyscy, którzy tu przyjechali  dostali dobrze płatną pracę „na biało”. Kiedy bum się skończył,  wiele osób straciło pracę. Jednak, ponieważ byli zatrudnieni legalnie i płacili podatki, automatycznie przeszli na  bezrobocie. Wysokość pieniędzy, jakie dostaje się w Norwegii na bezrobociu jest zależna od wysokości poprzednich zarobków. Tak więc, ze względu na wysokie pensje, jakie przedtem mieli, moi kursanci otrzymali wysokie dagpenger, przeciętnie nieco ponad 60% otrzymywanej poprzednio pensji. W Norwegii  można w ten sposób zupełnie dobrze żyć, szczególnie, jeśli dorzucić do tego pieniądze, jakie otrzymuje się  na dziecko (w Norwegii dostaje je każdy, kto ma prawo legalnego popytu) oraz pieniądze, które zarabia się... „na czarno”. Większość z uczestników kursu, szczególnie mężczyzn, pracowała nielegalnie, równocześnie pobierając dagpenger. Oczywiście pieniądze z urzędu pracy  nie będą wypłacane bez końca, przeciętny czas to około dwa lata, ale to również jest zależne od wysokości poprzednich zarobków. Jakby na to wszystko nie spojrzeć, jest to zapewnienie sobie spokojnych dwóch lat.

Sporo z tych ludzi, zamierza wrócić do Polski,  a stanie się to zapewne wtedy, gdy skończą się norweskie pieniądze. Ale dopóki są, „dopóki dają, należy wykorzystać do końca”, do bólu. Jakby tego mało większość z tych ludzi zostawiła w Polsce domy, mieszkania, nieźle prosperujące interesy.

Pierwszy raz odkąd wyemigrowałam, pomyślałam, że istnieją duże podstawy do tego, aby wielu Norwegów nie darzyło nas sympatią.

A jednak nie wszystko jest takie proste. Czarno-biały obraz świata bywa uproszczony. Na przerwie rozmawiam z Marysią, która mieszka w tu z mężem od czterech lat. Zajmuje się, jak wiele Polek w Norwegii sprzątaniem, jej mąż jest na rencie, od kilku lat choruje, nie może już pracować. W Polsce nie zostawili niczego, bo niczego się nie dorobili. Marysia ma podstawowe wykształcenie i pochodzi z małej miejscowości, gdzie jedynym miejscem zatrudnienia było Tesco, w którym pracowała bardzo dużo, a zarabiała bardzo mało. Jej mąż od czasu do czasu łapał jakieś zlecenia, mieszkali z rodzicami, nie dorobili się własnego mieszkania, ledwie wiązali koniec z końcem. W Norwegii wynajmują skromne mieszkanie i żyją głównie z zasiłku męża, zarobki Marysi są niewielkie, bo pracuje tylko na czarno, i to od czasu do czasu. Języka norweskiego nie znają oboje, na kurs norweskiego zapewne nie pójdą, bo nauka sporo kosztuje, a przy ich środkach to niemożliwe. Marysia, była jednak na kursie jedną z pięciu osób, które, naprawdę chciały znaleźć pracę.

Inna jest historia Krzysztofa: czterdzieści osiem lat, pochodzi z Krosna. Kiedy działała huta szkła pracował, jako hutnik, kiedy ograniczono produkcję, stracił pracę.  W Krośnie nie ma innych zakładów pracy, sytuacja, jak we wszystkich małych miejscowościach na południu Polski jest dramatyczna. Nie ma żadnych szans na znalezienie zatrudnienia. Krzysztof pięć lat temu przyjechał do Norwegii, ma żonę i syna. Jego rodzina została w Polsce. Rok temu stracił pracę, jest na zasiłku,  i od czasu do czasu pracuje na lewo. Większość pieniędzy posyła rodzinie. Cały czas mówi o tym, że wraca do Polski, do syna. Widać, że tęskni za dzieckiem, za żoną chyba już nie. Małżeństwo na odległość najczęściej się rozpada, to wysoka cena, którą trzeba zapłacić za "lepsze życie". Każda historia jest inna, każdy nosi swoją opowieść. Nie mam prawa oceniać tych ludzi, szczególnie takich osób jak Marysia i Krzysztof.

Marek po raz piąty dzisiejszego dnia pyta mnie, jak wysłać wiadomość z załącznikiem. Najwyraźniej znowu pasł wirtualne owce, albo oglądał ogłoszenia o sprzedaży samochodów na Finnie. Może nie mam prawa ich oceniać, ale chyba mam czasem prawo się wkurzyć, nie?

Powyższy wpis pochodzi z prywatnego bloga Marty Tomczyk Maryon - jest wyrazem jej prywatnej opnii.

nPortal Press  POLMEDIA (reporter@nportal.no

Copyright © 2013 nPortal Press | POLMEDIA. Wszelkie prawa zastrzeżone / All rights reserved

×