Zakupy
Promocje
Kontakt

Skontaktuj się z nami

Jeśli chcesz zadać nam konkretne pytanie, prześlij swoją wiadomość za pośrednictwem tego formularza.

Kontakt z nami

Legal notice
NPORTAL.no - NIC Media & Technology LTD and Sjølyst Investors AS


Oddział w Norwegii:
Karenslyst Alle 4,
0278 Oslo
Postboks 358,
0213 Oslo
Norway

Oddział w W. Brytanii:
71-75 Shelton Street,
Covent Garden,
London,WC2H 9JQ


+47 450 904 66

Kontakt mailowy:
reporter@nportal.no


Register Office Identification Number: 10071320
Legally represented by the Director General Lukasz Jakubow Kedzierski
This legal notice extends to the social media profiles of NPORTAL.no

Nportal.no lingu

Tagi: Norwegia , Polonia , Skandynawia , polskie dzieci , Barnevernet , pomoc

Polka pomaga rodzicom, którzy mają problemy z Barnevernet
Milena bozka

MILENA BOZKA - Kopenhaga | Dania

Opublikowano: 2017-07-05 20:35:41 +0200

Big imageedit 2 9423041187
(Foto: Dorota Korzeniecka)

Dorota Korzeniecka: Z Barnevernet trzeba zawsze współpracować

Barnevernet to instytucja, o której chyba już każdy kto mieszka w Norwegii słyszał. Mimo że jej głównym zadaniem – przynajmniej z założenia –  jest ochrona dzieci i pomoc rodzinom, to metody działania tego urzędu już nie raz były poruszane i obszernie dyskutowane zarówno w norweskich, jak i polskich mediach. A mimo to nic się wielkiego w tym zakresie nie zmieniło - jedynie nowych obietnic przybyło ze strony polityków. Kiedy media i politycy dyskutują, Dorota Korzeniecka stara się aktywnie pomagać Polakom, którzy znaleźli się w obrębie zainteresowania Barnevernet.

Dorota Korzeniecka to polska emigrantka, która miała okazję na własnej skórze doświadczyć tego, co przeżywa wielu rodziców żyjących w cieniu Barnevernet.

- Wszystko zaczęło się od tego, kiedy mój syn poszedł do norweskiej szkoły. Mieszkaliśmy wtedy w bardzo małej miejscowości, gdzie nie było praktycznie wielu obcokrajowców. Szkoła nie bardzo umiała sobie poradzić z moim dzieckiem, ponieważ był cudzoziemcem i miał problem z adaptacją. Dużą trudność sprawiła im także jego nadpobudliwość, która była spowodowana stresem w szkole. A wynikał on z tego, że syn nie potrafił dobrze wyrazić siebie w języku norweskim, ponieważ nie posiadał wówczas szerokiego zasobu słownictwa. Zaczęto wtedy doszukiwać się bezpośrednio problemów w moim synu oraz nas, jego rodzinie. Nie chodzi mi tu jednak o brak pedagogicznego podejścia do takiego ucznia, ale sposób w jaki traktowano mojego syna. Był on po prostu upokarzane publicznie przez nauczycieli i uczniów. Pewnego razu doszło nawet do sytuacji, gdzie syn został wykluczony z wydarzeń dziejących się w szkole tj. wspólnej wycieczki oraz samych zajęć lekcyjnych. Jak wtedy zrelacjonował mi syn, nauczycielka najzwyczajniej wypchnęła go z klasy na oczach kolegów, co więcej, wicedyrektor szkoły użyła wobec niego przemocy: złapała go za buzię i mocno ścisnęła - opowiada rozżalona Dorota.

- Wtedy to przelała się czara goryczy. Nie wiedziałam co robić, bo ze strony szkoły nie widziałam żadnej dobrej woli do współpracy, aby rozwiązać tę kwestię. Syn nie uczęszczał wtedy do szkoły do wyjaśnienia sprawy. Napisałam chyba do wszystkich możliwych organizacji prosząc o pomoc, ale nie dostałam żadnej odpowiedzi. Postanowiłam sama się skontaktować z Barnevernet i ich poprosić o poradę. Oczywiście, szkoła postanowiła zrobić to samo. Dopiero po około półtora miesiąca, kiedy wynajęłam adwokata zaczęto traktować nas poważnie. Mimo że sprawa zakończyła się na nasza korzyść, to nauczyciele nie ponieśli żadnych konsekwencji - dodaje Dorota.

Doświadczenia Doroty, jej miłość do syna i fakt, że została pozostawiona sama sobie i zignorowana przez urzędników zaowocował założeniem grupy “Moje doświadczenia z Barnevernet” na Facebooku i infolinii, gdzie udziela pomocy polskim rodzicom, którzy mają problemy z tą instytucją.

- Pisałam do jednej z polonijnych gazet, gdzie miałam swoją rubrykę “Bliżej ludzi”. Zaczęłam dostawać wiele listów z prośbą o pomoc od zdesperowanych i przerażonych rodziców. Postanowiłam założyć grupę na Facebooku i udostępnić mój telefon, aby pomagać ludziom. Zajmuję się tym już od kilku lat - mówi.

 

Darmowe porady Doroty zyskały dużą popularność wśród Polonii w Skandynawii. Co miesiąc zgłasza się do niej kilkadziesiąt rodziców, którzy w mniejszym lub większym stopniu mają do czynienia z Barnevernet.

- Bardzo często, kiedy słucham tych historii to chce mi się zwyczajnie płakać, bo są one niesamowicie wzruszające. Słucham zdesperowanych, wystraszonych i bardzo przejętych rodziców. Cała sytuacja ich wręcz paraliżuje, bo po pierwsze nie wiedzą czego mają się spodziewać w urzędzie, a po drugie, muszą przyznać się sami przed sobą i przede mną, zupełnie im obcą osobą, czy rzeczywiście byli w porządku w stosunku do swojego dziecka - mówi.

- Muszę jednak podkreślić, że większość problemów Polaków, zwłaszcza tych nowo przybyłych, z Barnevernet bierze się z tego, że podchodzą oni zbyt powierzchownie do pewnych spraw. Oni nie mają żadnego pojęcia o tej instytucji. A jeśli chce się mieszkać w Norwegii, to trzeba nauczyć się żyć z Barnevernet w tle - podkreśla Dorota.

Dorota nie tylko doradza, co zrobić w sytuacji, kiedy dostaliśmy list lub telefon z zaproszeniem na spotkanie do Barnevernet, ale także określa plan działania i przygotowuje do rozmowy z urzędnikami.

- Przy pierwszym kontakcie z rodzicem staram się przede wszystkim wyczuć, czy jest on w porządku wobec dziecka. Mam na to swoje sposoby, których nie będę zdradzała. Pamiętajmy, że pracownicy Barnevernet są bardzo dobrymi psychologami, których praca w dużej mierze polega na obserwacji zachowań, ruchów, a nawet mimiki twarzy przesłuchiwanego. Dlatego przygotowuję rodziców nie tylko w jaki sposób mają rozmawiać z urzędnikami, ale także jak się powinni zachowywać podczas spotkania. Staram się tak przeprowadzić rozmowę z rodzicami, aby ich uspokoić i podnieść na duchu. Bardzo ważne jest, aby rodzice nie poszli na spotkanie wystraszeni, bo dla urzędników jest to tylko oznaka, że dany rodzic ma coś do ukrycia i dlatego się boi, a nie to, że rodzice są zestresowani sytuacją - opowiada.

Mimo że Barnevernet sieje postrach, to według Doroty najlepszym wyjściem jest konfrontacja i dobry plan działania.

- Rodzice, kiedy dostają list lub telefon od Barnevernet dzwonią do mnie spanikowani z pytaniem, czy mają iść na spotkanie czy raczej uciekać do Polski. Ja zawsze powtarzam, że jakby mieli ci zabrać dziecko, to już dawno by to zrobili. Tłumaczę, że jeśli nie pójdziesz, to się nie dowiemy o co chodzi. A jak już będziemy wiedzieli na czym polega problem, to opracujemy plan działania. Najgorsze co może być, to zignorowanie tego “zaproszenia” lub wyjazd do Polski. Takie zachowania są bardzo źle widziane przez ten urząd i utwierdzają ich w przekonaniu, że rodzice są winni, a często tak nie jest. Zawsze trzeba wykazać chęć współpracy z Barnevernet, aby później móc przedstawić swoje racje - podsumowuje Dorota.

Komentarze

Aby móc dodawać komentarze musisz się zalogować

Odśwież komentarze
Baner 720x90 ver3
×