Zakupy
Promocje
Kontakt

Skontaktuj się z nami

Jeśli chcesz zadać nam konkretne pytanie, prześlij swoją wiadomość za pośrednictwem tego formularza.

Kontakt z nami

Legal notice
NPORTAL.no - NIC Media & Technology LTD and Sjølyst Investors AS


Oddział w Norwegii:
Karenslyst Alle 4,
0278 Oslo
Postboks 358,
0213 Oslo
Norway

Oddział w W. Brytanii:
71-75 Shelton Street,
Covent Garden,
London,WC2H 9JQ


+47 450 904 66

Kontakt mailowy:
reporter@nportal.no


Register Office Identification Number: 10071320
Legally represented by the Director General Lukasz Jakubow Kedzierski
This legal notice extends to the social media profiles of NPORTAL.no

0001 2

Tagi: Norwegia , kobieta , kariera , inżynierowie , równość płci , równouprawnienie

Kobieta w „męskim” zawodzie
Milena bozka

MILENA BOZKA - Kopenhaga | Dania

Opublikowano: 2016-12-07 09:20:45 +0100

Big mama igora przyciete
Aleksandra Szefler

Rozmowa z polską inżynier Aleksandrą Szefler, która w Norwegii wybrała mało typową ścieżkę kariery. 

 

Milena BoZka: Przez ponad 40 lat pracowałaś w zawodzie zaliczanym do “typowo męskich”. Czy patrząc z perspektywy tych wszystkich lat myślisz, że było to wyzwanie dla ciebie jako kobiety - inżyniera, jeśli chodzi o kwestie równouprawnienia?

Aleksandra Szefler: W tamtym okresie wydział elektroniki na Politechnice Warszawskiej uważano za przyszłościowy kierunek. Mój ojciec też mi to doradzał. Pamiętam dokładnie, kiedy powiedział: “Jak będziesz dobrym inżynierem, to nikt ci nie będzie zawracał głowy. I co ważne, nie będziesz się musiała jakoś specjalnie odnosić do systemu w naszym kraju”. Ale poszłam na ten kierunek, bo zwyczajnie matematyka i fizyka były moją pasją.

Natomiast nigdy mi nie przyszło do głowy, aby myśleć o swoim wyborze jako prywatnym sprzeciwie czy reakcji wobec kwestii nierówności między kobietami i mężczyznami. Nie czułam się ani jakoś specjalnie odważna, ani oryginalna. Mnie po prostu interesowały te tematy, więc wybrałam studia zgodnie z tym, co chciałam robić.

Rzeczywiście elektronika nie była kierunkiem obleganym przez kobiety - na moim roku było ok. 20 % kobiet - ale nie oznacza, to że ktoś odgórnie kobietom tego zabraniał. Myślę, że to była raczej kwestia wyborów i zainteresowań. Przecież nie każdy musi się fascynować przedmiotami ścisłymi, prawda?

Jednakowoż rzeczywiście - szczególnie w porównaniu z dzisiejszymi czasami - kobiety żyjące w latach 70. czy 80. realizowały się na trochę niższych stanowiskach. Może ze względu na to, że oczekiwano od nich tego w domu, a może postrzegały siebie same, jako te które powinny poświęcić się życiu rodzinnemu w pierwszej kolejności. Ja sama spędziłam 2,5 roku w domu z moim synem. Moje dziecko było dla mnie bardzo ważne, więc chciałam się nim zająć. Co więcej, uważam, że to był mój świadomy wybór i nikt nigdy mi tego nie narzucił. Summa summarum wszystko jest kwestią priorytetów i różnych perspektyw. Dlatego każda kobieta będzie na pewno miała własną i niepowtarzalną historię w tej materii.

 

Milena BoZka: Mówisz, że  osobiście nie widziałaś w tym nic wyjątkowego. Jednak zaraz po przyjeździe do Norwegii wzbudziłaś nie lada zainteresowanie, prawda? Chodzi mi o twój staż w Siemensie.

Aleksandra Szefler: Tak, takie coś miało miejsce. Po kilku dniach pracy poproszono mnie o wywiad dla firmowej gazety. Byłam przekonana, że w ten sposób przedstawia się każdego nowego pracownika w firmie. Podczas rozmowy przekonałam się, że było inaczej. Główny nacisk tego wywiadu oscylował wokół faktu, że jestem kobietą i inżynierem. Trochę mnie to zmieszało. Prawdę powiedziawszy, byłam tym bardzo zaskoczona. Przecież nie było w tym nic wyjątkowego. Zawsze uważałam, że w życiu trzeba coś robić, więc wybrałam zawód, który mi zwyczajnie odpowiadał. Później okazało się, że lata 80. były okresem transformacji w Norwegii, jeśli chodzi o równouprawnienie kobiet. Dlatego też jako jedyna kobieta w firmie pracująca na stanowisku inżyniera wzbudziłam powszechne zainteresowanie. Co więcej, przez wiele lat byłam jedyną kobietą na tym stanowisku.

 

Milena BoZka: Chcesz powiedzieć, że Norweżki nie były zainteresowane tą branżą?

Aleksandra Szefler: Ciężko mi to jednoznacznie stwierdzić, czy norweskie kobiety tamtych lat nie były zainteresowane inżynierią, czy też nie miały szans na rozwój. Z jednej strony lata 80. były okresem, kiedy promowano parytety, więc kobiety były ogólnie faworyzowane jako pracownice. Ale ja bardzo długo i często spotykałam panie, które zajmowały głównie administracyjne pozycje. Dopiero na uniwersytecie w Oslo miałam okazję pierwszy raz pracować z kobietami na podobnych stanowiskach co moje. Było to w latach 1989 - 1996.

Osobiście uważałam, że w momencie, kiedy kobiety mają równe prawa, to reszta już zależy od indywidualnych predyspozycji. Nigdy też nie rozumiałam, co płeć ma do rzeczy w karierze zawodowej. Dla mnie zawsze liczyły się umiejętności.

Jednak teraz patrząc z perspektywy tych wszystkich lat zastanawiam się, czy oby moje podejście do kwestii płci nie było również uwarunkowane czymś innym. Możliwe, że dorastanie w Polsce moich lat młodości, w której socjalistyczna propaganda zachęcała kobiety do wykonywania zawodów przypisywanych mężczyznom, także miała wpływ na moje decyzje oraz ukształtowanie mojej samoświadomości.

 

Milena BoZka: Równouprawnienie płci nie jest oczywiście obszarem, gdzie możliwe jest wyznaczenie jasnych granic, które zapewnią pełną równość i zgodę po obu stronach. Jest to bardziej skomplikowana kwestia, chociażby ze względu na różne sposoby postrzegania czy raczej uznawania poszczególnych ról społecznych przez owe strony. Można jednak zauważyć pewne tendencje w relacjach między nimi. Pamiętasz zatem jaki miały kształt relacje między kobietami i mężczyznami w Norwegii tamtych lat?

Aleksandra Szefler: Nie przykładałam do tego wielkiej uwagi, bo jak wspomniałam wcześniej płać i kariera dla mnie się nie pokrywały w żaden sposób. Jednak definitywnie było “coś na rzeczy”. Nasuwają mi się teraz takie dwie sytuacje, które dotyczyły mnie bezpośrednio. Na pewno w jakimś stopniu mogą one nakreślić pewne nastroje czy relacje, o które pytasz.

Moje relacje na płaszczyźnie zawodowej zawsze były sympatyczne i koleżeńskie. Pamiętam jednak pewną scenę podczas stażu w Siemensie. Otóż po kilku miesiącach pracy podeszła do mnie pewna sekretarka i powiedziała coś takiego: “Aleksandra, ja wiem, że ty jesteś cudzoziemką, więc nie znasz naszych zwyczajów. Chciałam ci powiedzieć, że  jeśli chodzi o nasze stosunki tutaj, to powinnaś zwracać się do mężczyzn po nazwisku, zaś oni mogą zwracać się do ciebie po imieniu.”  Oczywiście efekt był taki, że zwracałam się do wszystkich po imieniu, bo miałam odmienne zdanie w tej kwestii. Nie miałam jednak pojęcia, o co tej Pani tak naprawdę chodziło. Nawet dzisiaj, kiedy o tym opowiadam kolegom, to mi nie wierzą, ale ja wiem, co miało miejsce. Teraz myślę, że te sposób rozumienia relacji był zakorzeniony w samej kulturze firmy. Takie normy zachowań powielane nieświadomie przez wszystkich,  na które nie zwraca się większej uwagi.

Inny przykład dotyczy rozmowy kwalifikacyjnej w firmie konsultingowej. Było to zaraz po stażu. Podczas spotkania padło wtedy dziwne według mnie pytanie. Mianowicie zapytano, czy wykładanie dla mężczyzn nie będzie stanowiło dla mnie problemu. Zaskoczona zapytałam, dlaczego miałby to być jakiś problem. Pracy nie dostałam, ale było to zupełnie z innych względów.

Wiem jednak, że wielorakie podejście do tematu równouprawnienia było dyskutowane nie tylko w mediach i pośród polityków, ale przewijało się także w różnych aspektach codziennego życia. Na przykład widziałam kiedyś ogłoszenie o prace na uniwersytecie, gdzie było napisane, że przy równych kwalifikacjach zawodowych kobiety będą miały pierwszeństwo zatrudnienia. Zaaplikowałam i tę pracę dostałam. Muszę jednak przyznać, że wtedy miałam już dużo doświadczenia, więc może nawet tego "kobiecego" pierwszeństwa nie potrzebowałam.

 

Milena BoZka: Dzisiejsza Norwegia przoduje w kwestii równouprawnienia. Czy w takim razie jest jeszcze o co walczyć?

Aleksandra Szefler: Przyznam, że kiedy norweski rząd zaczął promować parytety, to ja się zastanawiałam, po co to jest tak naprawdę potrzebne. Skoro mam równe prawa, to reszta zależy tylko ode mnie. Nigdy nie widziałam potrzeby “popychania” kobiet. Dzisiaj widzę, że było to bardzo ważne. Był to przede wszystkim znaczący krok dla norweskiego społeczeństwa,  system parytetów był formą, która wspomogła proces zmian. Jak wiemy z historii, zmiany wartości społecznych nigdy nie odbywają się łatwo. Niestety dzisiaj, mimo że kraje skandynawskie przodują w światowych rankingach równouprawnienia płci, ciągle w mediach pojawiają się informacje o niejednakowym traktowaniu kobiet i mężczyzn - chociażby w kwestii wynagrodzenia czy możliwości kariery.

Ostatnio nawet czytałam artykuł o tym, że korporacjom opłaca się bardziej zatrudnić kobiety, bo są one tak samo dobrze przygotowane do zawodu jak mężczyźni, ale w większości przypadków żądają mniejszego wynagrodzenia.

Pomimo że kobiety dzisiejszych czasów są rozpoznawane na różnych płaszczyznach zawodowych jako kompetentni pracownicy, to nie daje to pewności, że będą one traktowane na równi z płcią przeciwną. Dlatego uważam, że nadal jest o co walczyć, a co więcej jest w społeczeństwie potrzeba tych zmian.

 

 

Aleksandra Szefler - Ukończyła studia magisterskie na wydziale elektroniki na Politechnice Warszawskiej. W Norwegii mieszka od 1975. Pracowała jako inżynier w takich firmach jak SIEMENS AS oraz HP, a także jako wykładowca na uniwersytecie w Oslo.

 

 

Komentarze

Aby móc dodawać komentarze musisz się zalogować

Odśwież komentarze
Eiendomsmegling 720x90  1
×